Jadąc na przesłuchanie do zespołu Scorpions, urodzony w Krakowie Paweł Mąciwoda wiedział, że nadchodzi całkiem nowy okres w jego życiu. Od tego czasu minęło już 15 lat. - Sukces i ogromna popularność tego rockowego bandu tkwi w sile i energii członków zespołu. W nas. Każdy na swój sposób wnosi coś na scenę i wytwarza się ogromna pozytywna, niezastąpiona energia, którą ludzie przyjmują i odczuwają. Jeśli jesteś muzykiem, wiek nie stanowi żadnego znaczenia. To pasja, która czyni nas młodymi – mówi Paweł Mąciwoda, basista Scorpions. W lipcu razem ze swoimi słynnymi kolegami dwukrotnie zagra w Polsce, w Arenie Gliwice oraz ERGO ARENIE, na pograniczu Gdańska i Sopotu.

Co najbardziej zaskoczyło cię w zespole Scorpions? To ekipa pracoholików nastawionych na sukces, czy bardziej kumpli z pracy, z którymi po koncercie można swobodnie pogadać o wszystkim?

Scorpions to przede wszystkim profesjonalizm. Praca w tym, lub z tym zespołem, jest ogromną przyjemnością i wyzwaniem. Sukces, który teraz osiągamy, jest okupiony codzienną ciężką pracą. Nasza ekipa to scorpionowska rodzina. Jesteśmy po prostu przyjaciółmi, ale bardzo wymagającymi. Szanujemy siebie wzajemnie.

Któryś z muzyków Scorpions jest ci najbliższy?

Wszyscy po równo są mi bliscy. Na trasie, podczas pracy, stajemy w obliczu różnych zdarzeń, które hartują nasze charaktery. Scorpions to dżentelmeni, to fakt niezaprzeczalny.  Muszę wymienić tu naszego managera Billa Barclay'a, który nieraz wykazał szlachetną postawę wobec mnie.

O Scorpions żartuje się, że w życiu na emeryturę nie pójdą, a jeśli nawet ją zapowiadali, to szybko się wycofali z tego pomysłu. W czym tkwi sukces zespołu, którego częścią jesteś od 15 lat?

Sukces i ogromna popularność tego rockowego bandu tkwi w sile i energii członków zespołu. W nas. Każdy na swój sposób wnosi coś na scenę i wytwarza się ogromna pozytywna, niezastąpiona energia, którą ludzie przyjmują i odczuwają.  Jeśli jesteś muzykiem, wiek nie stanowi żadnego znaczenia. To pasja, która czyni nas młodymi. Nie zaglądamy w metrykę, tylko jedziemy i gramy rocka. Zobacz na The Rolling Stones... W naszych żyłach płynie rockowa krew. I będzie płynąć do końca.

Michał Urbaniak mówił kiedyś, że „czuje się obywatelem świata". A ty?

Byłem w najdalszych zakątkach kuli ziemskiej. Widziałem najpiękniejsze miejsca, poznałem fantastycznych ludzi, nie tyle, że czuję się obywatelem świata, ale po prostu nim jestem. Natomiast mój dom jest tu, w Polsce.  Zawsze wracam. Zwłaszcza po mojej amerykańskiej emigracji, zrozumiałem, że tu mam swój korzeń, tu się wychowałem, tu założyłem rodzinę i tutaj zostanę.

Co możesz powiedzieć o pracy nad nową płytą Scorpions?

Nie mogę zdradzić nawet najmniejszego szczegółu (uśmiech).

Światowa scena muzyczna różni się od polskiej?

No niestety różni się. Musimy pamiętać, że muzyka na każdym kontynencie brzmi inaczej. Nie chcę oceniać czy lepiej, czy gorzej. Uważam, że migracja muzyków ma swój cel – uczy, a przekazywanie doświadczeń - wzbogaca.

Masz znajomych i przyjaciół wśród światowych gwiazd? Czy pęd w kolejne miejsca, trasy koncertowe niezbyt na to pozwalają?

Mam wielu znajomych, których poznałem podczas mojej kariery zawodowej m.in. Fergie, Stevie Wondera, Dave Mustaine’a, Joe Cockera, Carlosa Santanę. Wśród nich znaleźli się też Steve Vai, Lenny Kravitz. Poznałem też wielu znamienitych aktorów np. Javiera Bardema, Harvey Keitela, Orlando Blooma. Poznałem nawet Michaiła Gorbaczowa. Z niektórymi muzykami utrzymuję kontakt mailowy, innych spotykam na żywo podczas światowych festiwali. Jest to bardzo naturalne, mijamy się na hotelowych korytarzach, przed sceną, wymieniamy uściski, chwilę rozmawiamy. To zawsze jest miłe.

Szykujesz się już z zespołem Scorpions na tegoroczne koncerty w Polsce?

O tak! Jak najbardziej! Zespół bardzo ceni polską publiczność, bo jest wspaniała. Ja czuję się zawsze wyjątkowo. Staram się za każdym razem pozdrawiać moich rodaków, dziękować im, schodząc ze sceny.  Czuję ogromną więź z ludźmi, dla nich przecież gram. Oni mnie wołają, dodają energii, unoszą parę centymetrów nad sceną.

Życie w trasie rodzi przy okazji sporo anegdot. Zdarzały ci się jakieś zabawne sytuacje?

Podróżując po świecie, odczuwa się ogromne zmęczenie, rozkojarzenie. Zmiany czasu wpływają bardzo niekorzystnie na organizm. Zdarzyło mi się na lotnisku w innej strefie czasowej, zaspać na samolot, na który oczekiwałem i to parokrotnie. Musiałem czekać dwanaście godzin dłużej na następny. Teraz bardzo się pilnuję (śmiech).

Gdzie odbył się najdziwniejszy, najlepszy koncert, w jakim miałeś okazję wziąć udział?

Najdziwniejszy koncert, który przyszło mi grać, odbył się podczas trasy w Stanach Zjednoczonych. Byliśmy w stanie Colorado. Rząd USA wprowadził tam legalizację marihuany. Ludzie byli tak pod jej wpływem, że gdy wyszliśmy na scenę, nie ruszali się, tylko patrzyli, zaś ich oczy były coraz to większe i większe…. Dziwne uczucie. Nigdy nie widziałem tylu ludzi naraz, którzy mieli zmienioną świadomość. Graliśmy godzinę i czterdzieści pięć minut dla publiczności, która miała spowolnione reakcje. Dlatego twierdzę, że czysty umysł to podstawa sukcesu.


Koncert Scorpions w Arenie Gliwice odbędzie się 21 lipca, natomiast w ERGO ARENIE, na granicy Gdańska i Sopotu muzycy zagrają dwa dni później, 23 lipca.

Na koncert w Arenie Gliwice zaprasza Miasto Gliwice.

Bilety na oba koncerty można nabywać za pośrednictwem strony www.prestigemjm.com