Nieraz łatwiej umrzeć niż doczekać się wizyty u lekarza. Do niektórych trzeba czekać nawet kilka lat.

 Do tego zadłużone po uszy szpitale i kompletna niewydolność całego systemu. Taki jest obraz polskiej publicznej służby zdrowia, o której niewiele dobrego można powiedzieć. Chociaż o prywatnej zdania też są podzielone. Coraz bardziej powszechne abonamenty medyczne w połączeniu z ograniczoną liczbą medyków sprawiają, że nawet prywatne kliniki nie mogą już realizować wielu świadczeń w takich terminach, jakich oczekiwaliby ich klienci.

Państwowe przychodnie i szpitale są źle oceniane nie tylko przez pacjentów, lecz również przez Najwyższą Izbę Kontroli, która zbadała, ile czasu trzeba spędzić w kolejce do specjalisty.
Fundacja Watch Health Care kilka razy w ciągu roku sprawdza dostępność różnych specjalizacji lekarskich dla pacjentów. Dane są przerażające. Z najnowszych, pochodzących z przełomu czerwca i lipca 2016 r. wynika, że najdłużej trzeba czekać na wizytę u ortopedy i traumatologa narządu ruchu (OiT). Do nich czekamy prawie 17 miesięcy. Następni na tej niechlubnej liście są stomatolodzy, którzy każą na siebie czekać 8,5 miesiąca. Oczywiście, trzeba zrozumieć, że nie wynika to z ich złej woli, ale ze skromnych grantów przyznawanych im przez NFZ.

Wydłużają się też kolejki do angiologów. Najkrócej czeka się na wizytę u neonatologa oraz u chirurga onkologicznego. Do nich można się dostać nawet w ciągu 5-10 dni od zgłoszenia.

Przedstawione tu dane pokazują tylko średni czas oczekiwania na wizytę u lekarza. Ogromne kolejki są do reumatologów i kardiologów. Do tych pierwszych kolejka to - choć w to trudno uwierzyć - sięga 10 lat. 

W takiej sytuacji nie można się dziwić błyskawicznemu rozwojowi prywatnego lecznictwa, które według szacunkowych danych jest już warte ponad 46 mld. złotych i co rok rośnie o ok. 7 proc. Analitycy są zdania, że dzieje się tak m.in. dlatego, bo w Polsce rosną wynagrodzenia i maleje bezrobocie, ale przede wszystkim przyczynia się do tego fatalna kondycja publicznych przychodni i szpitali.
Z abonamentów medycznych korzysta ok. 3 mln. osób, z których trzy czwarte dostało je w ramach świadczeń pracowniczych. Pracodawcy wydają na ten cel co roku ponad 3 mld. zł. Właściciele firm dla swoich pracowników wybierają coraz częściej pakiety „no limit”. Kiedy więc zdarzają się momenty spiętrzenia zachorowań, np. na grypę czy tylko zwykłych przeziębień nawet w prywatnych przychodniach są problemy z dostępem do lekarza. Bywa czasem i tak, że w ekstremalnych sytuacjach na wizytę trzeba poczekać nawet 2-3 tygodnie.

W Polsce na 1000 mieszkańców przypada 2,2 lekarza. Bardzo mało chociażby wobec średniej unijnej. która wynosi 2,8 lekarza. Wielu polskich lekarzy wyjechało, a nowych nie kształcimy dostatecznie dużo. Mamy dziewięciu uczących się lekarzy na 1000 osób, podczas gdy za granicą jest to ilość o połowę większa. Wystarczy zauważyć, że angiologię, jedną z najważniejszych specjalności, bo zajmującą się leczeniem chorób naczyń, praktykuje w całej Polsce tylko 235 specjalistów.